sobota, 4 listopada 2017

Justyn

Mało kto lubi poranki. Ja też nie należę do wyjątków pod tym względem. Poranek to taki czas, kiedy śpisz sobie spokojnie, jesteś szczęśliwy, beztroski, w dodatku jest ci ciepło i wygodnie (mi osobiście ten sposób egzystencji całkowicie odpowiada). AŻ TU NAGLE DZWONI CI TAKI POPAPRANIEC JAK BUDZIK, TY SIĘ ZRYWASZ, NIE WIESZ, CO SIĘ DZIEJE, PO CZYM DOCIERA DO CIEBIE ŚWIADOMOŚĆ TEGO, ŻE MUSISZ WSTAĆ I IŚĆ DO LUDZI (ten moment, kiedy capslock to za mało i musisz użyć podkreślacza) I JESZCZE BARDZIEJ NIŻ ZWYKLE CHCE CI SIĘ ZABIĆ I ZAKOŃCZYĆ TO WSZYSTKO, BO MUSISZ TO PRZEŻYWAĆ DZIEŃ W DZIEŃ!!!!!! A potem ci mija i jest wszystko w porządku. Przeważnie. Normalnie człowiek funkcjonuje. AŻ PÓŹNIEJ NASTEPNEGO DNIA... dobra, darujmy to sobie.
W każdym razie, jak zwykle z pełnym zapałem poszedłem na uczelnię. Los mi całkowicie sprzyjał i zesłał na mnie korki w całym mieście. W dodatku wykładowca zdecydował się przjść trochę wcześniej i już na starcie wygłosił mi kazanie, że jeśli mam zamiar poważnie traktować studia, powinienem unikać takich niewybaczalnych spóźnień. Ech... ciekawe, dlaczego kiedy on zjawia się 15 minut po wyznaczonym czasie, wszystko jest w porządku, a kiedy któryś ze studentów zjawi się odrobinę później, to jest grzech śmiertelny. Odnalazłem swoje miejsce na auli, koniecznie w najdalszym rzędzie, niedbale zsunąłem plecak na ziemię i położyłem się na ławce. I ludzie się jeszcze dziwią, że mam totalnie wywaloje na te studia? Przez resztę wykładów tylko półgębkiem słuchałem tego, co nasi kochani profesorowie mieli do powiedzenia. Zazwyczaj albo spałem, albo rysowałem coś po ławie. W tych całych wykładach najpiękniejsze jest to, że nikt nie zwraca uwagi na to, co robisz, dopóki tylko siedzisz cicho i nie przeszkadzasz. Za to najgorszym ich aspektem jest czas trwania. To nie jest zwykła godzina lekcyjna, trwająca 45 minut, tylko aż 2 godziny! Jeszcze gdyby to był kierunek, na który od początku chciałem się dostać, ale nieee... Moje posrane życie musi mi ciskać same kłody pod nogi! Jak raz na ruski rok mam jakiś cel, na czymś mi zależy, to akurat wtedy blokuje mi możliwości. I to już dwukrotnie. Tyle razy podchodziłem do matury. Za pierwszym razem dostałem się na fizjoterapię do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński. Przez całe wakacje szukałem mieszkania, zapraszałem współlokatorów, uzgadniałem wszystkie możliwe kwestie. I kiedy wszystko było już dopięte na ostatni guzik, w tydzień przed rozpoczęciem roku studenckiego, dostałem zawiadomienie, że zwolniło się miejsce na uczelni w Lublinie. Nie byłem już na liście rezerwowych na analityce medycznej, dostałem się do grona kandydatów!!! Stanąłem przed trudnym dylematem. Co wybrać? W Krakowie miałem wszystko załatwione, wystarczyło tylko pojechać. Z kolei Lublin w ogóle nie był brany pod uwagę. Musiałbym zaczynać cały kołowrotek z rezerwacją mieszkania od nowa, i to wszystko w zaledwie 7 dni, podczas gdy wcześniej przygotowywania zajęły mi całe wakacje! Przeklinałem w duszy tych, którzy tak późno zawiadomili mnie o zmianach. Wysłuchałem licznych opinii i rad. Jedni mówili, żebym lepiej skorzystał z okazji, a spać najwyżej będę w akademiku... Już mi bokiem wychodziły historie w stylu: "Za moich czasów studia to były ciężkie. Mieszkało się gdzie tylko była sposobność, niekiedy w fatalnych warunkach, a co ty myślisz! Myśmy wytrzymali, to ty też sobie poradzisz!". Z tym, że ich opowiadania przyniosły zupełnie inny skutek, bo zamiast mnie nakłonić, tylko mnie do tej opcji zniechęciły. W ten oto sposób znalazłem się w Krakowie. Obiecałem sobie, że za rok przystapię do matury z powrotem, poprawię swój wynik i wszystko będzie tak, jak sobie od początku założyłem. Cóż, było zupełnie odwrotnie. Nienawidzę siebie za to, że nie pojechałem wtedy do Lublina, ale skąd mogłem wiedzieć, że tak wszystko spapram. Wolę nie wspominać mojej porażki podczas testu. W każdym razie, koniec końców wylądowałem tu, w stolicy. Dalej miałem wystarczającą ilość punktów tylko na fizjoterapię, a jako, że siostra również się tutaj dostała, to była po prostu najwygodniejsza opcja. Dla wszystkich. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że w moich błędach największą rolę pełniło lenistwo, ułatwienie, komfort. Przestałem obwiniać życie za moją obecną sytuację i przyjąłem do wiadomości, że jedynym winowajcą za mój los... jestem ja sam. Postanowiłem się za to ukarać, zasmakować trudu, przestać stawiać na łatwiznę. Zdobyłem pracę o skromnym zarobku, zamieszkałem w jakiejś podrzędnej spelunie i w ten sposób przetrwałem całe wakacje. Nie wiem, jak będę teraz godził obowiązki ze studiami, ale jakoś to będzie... zapewne prędzej czy później przygarnie mnie siostra, ale jak na razie skutecznie będę zbywał jej namowy. W rozmyślaniu o tak dołujących sprawach pomagał fakt, że Monika też zazna teraz smaku samodzielności. Może miała dzisiaj gorszy dzień ode mnie? Taka nadzieja przetrzymywała mnie przy życiu przez resztę dnia, aż w przerwie miedzy zajęciami zdecydowałem się do niej dodzwonić. Wybrałem jej numer i przyłożyłem telefon do ucha, pewien, że zaraz usłyszę sekretarkę proszącą o zostawienie wiadomości. Znając moją siostrę zapomniała włączyć dźwięku i aktualnie komórka wibruje jej w plecaku, a ona nawet nie ma o tym świadomości, ale przeliczyłem się, bo jednak rudowłosa nieoczekiwanie odebrała telefon.
- No cześć Justynko, nie uwierzysz, co się dzisiaj działo!  Czaisz, że już pierwszego dnia zaspałam na wykład? A ten profesor to jakiś nawiedzony. Pająk się nazywa, jakbyś miał z nim zajęcia, się ładnie pomódl przed rozpoczęciem, bo Cię zacznie od niewiernych wyzywać.
- Heh, to powiem Ci, że na mój widok to księdza egzorcystę bedzie chciał wzywać - to były dopiero moje pierwsze słowa w tej konwersacji, Monika się wczuwa...
- Przyjedzie do twojej ławki z krzyżem i wodą święconą. No, ale ogólnie, to nie jest tak źle. Jak na razie mialam 2 wykłady. Byly bardzo ciekawe, poznałam 1 osóbkę, taką sympatyczną dziewczynę, która pokazała mi drogę do sali.
-Wooow, poznałaś nowego człowieka, brawo! Kolejny do odhaczenia wśród 2 milionów mieszkańców Warszawy.
- Zaamknij się! Ja przynajmniej nie mieszkam na wysypisku. Swoją drogą, mieszkanie mam całkiem spoko. A tak w ogóle to gdzie teraz jesteś? Bo ja właśnie skończyłam zajęcia. Może się gdzieś spotkamy zjeść obiad, czy coś?
- Em, nie bardzo, za dwadzieścia minut zaczynam kolejny wykład, nie wyrobię się.
- Nom, okej. To ja lecę, bo jestem strasznie głodna. Na razie!
Po czym się rozłączyła i po drugiej stronie telefonu zaległa cisza.