niedziela, 31 grudnia 2017
Paulina
sobota, 4 listopada 2017
Justyn
Mało kto lubi poranki. Ja też nie należę do wyjątków pod tym względem. Poranek to taki czas, kiedy śpisz sobie spokojnie, jesteś szczęśliwy, beztroski, w dodatku jest ci ciepło i wygodnie (mi osobiście ten sposób egzystencji całkowicie odpowiada). AŻ TU NAGLE DZWONI CI TAKI POPAPRANIEC JAK BUDZIK, TY SIĘ ZRYWASZ, NIE WIESZ, CO SIĘ DZIEJE, PO CZYM DOCIERA DO CIEBIE ŚWIADOMOŚĆ TEGO, ŻE MUSISZ WSTAĆ I IŚĆ DO LUDZI (ten moment, kiedy capslock to za mało i musisz użyć podkreślacza) I JESZCZE BARDZIEJ NIŻ ZWYKLE CHCE CI SIĘ ZABIĆ I ZAKOŃCZYĆ TO WSZYSTKO, BO MUSISZ TO PRZEŻYWAĆ DZIEŃ W DZIEŃ!!!!!! A potem ci mija i jest wszystko w porządku. Przeważnie. Normalnie człowiek funkcjonuje. AŻ PÓŹNIEJ NASTEPNEGO DNIA... dobra, darujmy to sobie.
W każdym razie, jak zwykle z pełnym zapałem poszedłem na uczelnię. Los mi całkowicie sprzyjał i zesłał na mnie korki w całym mieście. W dodatku wykładowca zdecydował się przjść trochę wcześniej i już na starcie wygłosił mi kazanie, że jeśli mam zamiar poważnie traktować studia, powinienem unikać takich niewybaczalnych spóźnień. Ech... ciekawe, dlaczego kiedy on zjawia się 15 minut po wyznaczonym czasie, wszystko jest w porządku, a kiedy któryś ze studentów zjawi się odrobinę później, to jest grzech śmiertelny. Odnalazłem swoje miejsce na auli, koniecznie w najdalszym rzędzie, niedbale zsunąłem plecak na ziemię i położyłem się na ławce. I ludzie się jeszcze dziwią, że mam totalnie wywaloje na te studia? Przez resztę wykładów tylko półgębkiem słuchałem tego, co nasi kochani profesorowie mieli do powiedzenia. Zazwyczaj albo spałem, albo rysowałem coś po ławie. W tych całych wykładach najpiękniejsze jest to, że nikt nie zwraca uwagi na to, co robisz, dopóki tylko siedzisz cicho i nie przeszkadzasz. Za to najgorszym ich aspektem jest czas trwania. To nie jest zwykła godzina lekcyjna, trwająca 45 minut, tylko aż 2 godziny! Jeszcze gdyby to był kierunek, na który od początku chciałem się dostać, ale nieee... Moje posrane życie musi mi ciskać same kłody pod nogi! Jak raz na ruski rok mam jakiś cel, na czymś mi zależy, to akurat wtedy blokuje mi możliwości. I to już dwukrotnie. Tyle razy podchodziłem do matury. Za pierwszym razem dostałem się na fizjoterapię do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński. Przez całe wakacje szukałem mieszkania, zapraszałem współlokatorów, uzgadniałem wszystkie możliwe kwestie. I kiedy wszystko było już dopięte na ostatni guzik, w tydzień przed rozpoczęciem roku studenckiego, dostałem zawiadomienie, że zwolniło się miejsce na uczelni w Lublinie. Nie byłem już na liście rezerwowych na analityce medycznej, dostałem się do grona kandydatów!!! Stanąłem przed trudnym dylematem. Co wybrać? W Krakowie miałem wszystko załatwione, wystarczyło tylko pojechać. Z kolei Lublin w ogóle nie był brany pod uwagę. Musiałbym zaczynać cały kołowrotek z rezerwacją mieszkania od nowa, i to wszystko w zaledwie 7 dni, podczas gdy wcześniej przygotowywania zajęły mi całe wakacje! Przeklinałem w duszy tych, którzy tak późno zawiadomili mnie o zmianach. Wysłuchałem licznych opinii i rad. Jedni mówili, żebym lepiej skorzystał z okazji, a spać najwyżej będę w akademiku... Już mi bokiem wychodziły historie w stylu: "Za moich czasów studia to były ciężkie. Mieszkało się gdzie tylko była sposobność, niekiedy w fatalnych warunkach, a co ty myślisz! Myśmy wytrzymali, to ty też sobie poradzisz!". Z tym, że ich opowiadania przyniosły zupełnie inny skutek, bo zamiast mnie nakłonić, tylko mnie do tej opcji zniechęciły. W ten oto sposób znalazłem się w Krakowie. Obiecałem sobie, że za rok przystapię do matury z powrotem, poprawię swój wynik i wszystko będzie tak, jak sobie od początku założyłem. Cóż, było zupełnie odwrotnie. Nienawidzę siebie za to, że nie pojechałem wtedy do Lublina, ale skąd mogłem wiedzieć, że tak wszystko spapram. Wolę nie wspominać mojej porażki podczas testu. W każdym razie, koniec końców wylądowałem tu, w stolicy. Dalej miałem wystarczającą ilość punktów tylko na fizjoterapię, a jako, że siostra również się tutaj dostała, to była po prostu najwygodniejsza opcja. Dla wszystkich. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że w moich błędach największą rolę pełniło lenistwo, ułatwienie, komfort. Przestałem obwiniać życie za moją obecną sytuację i przyjąłem do wiadomości, że jedynym winowajcą za mój los... jestem ja sam. Postanowiłem się za to ukarać, zasmakować trudu, przestać stawiać na łatwiznę. Zdobyłem pracę o skromnym zarobku, zamieszkałem w jakiejś podrzędnej spelunie i w ten sposób przetrwałem całe wakacje. Nie wiem, jak będę teraz godził obowiązki ze studiami, ale jakoś to będzie... zapewne prędzej czy później przygarnie mnie siostra, ale jak na razie skutecznie będę zbywał jej namowy. W rozmyślaniu o tak dołujących sprawach pomagał fakt, że Monika też zazna teraz smaku samodzielności. Może miała dzisiaj gorszy dzień ode mnie? Taka nadzieja przetrzymywała mnie przy życiu przez resztę dnia, aż w przerwie miedzy zajęciami zdecydowałem się do niej dodzwonić. Wybrałem jej numer i przyłożyłem telefon do ucha, pewien, że zaraz usłyszę sekretarkę proszącą o zostawienie wiadomości. Znając moją siostrę zapomniała włączyć dźwięku i aktualnie komórka wibruje jej w plecaku, a ona nawet nie ma o tym świadomości, ale przeliczyłem się, bo jednak rudowłosa nieoczekiwanie odebrała telefon.
- No cześć Justynko, nie uwierzysz, co się dzisiaj działo! Czaisz, że już pierwszego dnia zaspałam na wykład? A ten profesor to jakiś nawiedzony. Pająk się nazywa, jakbyś miał z nim zajęcia, się ładnie pomódl przed rozpoczęciem, bo Cię zacznie od niewiernych wyzywać.
- Heh, to powiem Ci, że na mój widok to księdza egzorcystę bedzie chciał wzywać - to były dopiero moje pierwsze słowa w tej konwersacji, Monika się wczuwa...
- Przyjedzie do twojej ławki z krzyżem i wodą święconą. No, ale ogólnie, to nie jest tak źle. Jak na razie mialam 2 wykłady. Byly bardzo ciekawe, poznałam 1 osóbkę, taką sympatyczną dziewczynę, która pokazała mi drogę do sali.
-Wooow, poznałaś nowego człowieka, brawo! Kolejny do odhaczenia wśród 2 milionów mieszkańców Warszawy.
- Zaamknij się! Ja przynajmniej nie mieszkam na wysypisku. Swoją drogą, mieszkanie mam całkiem spoko. A tak w ogóle to gdzie teraz jesteś? Bo ja właśnie skończyłam zajęcia. Może się gdzieś spotkamy zjeść obiad, czy coś?
- Em, nie bardzo, za dwadzieścia minut zaczynam kolejny wykład, nie wyrobię się.
- Nom, okej. To ja lecę, bo jestem strasznie głodna. Na razie!
Po czym się rozłączyła i po drugiej stronie telefonu zaległa cisza.
piątek, 27 października 2017
Monika
-Przepraszam cię! - mój głos stał się piskliwy, oraz płaczliwy - O Boże, ale ze mnie niezdara! - próbowałam pomóc jej wstać lecz zrobiła to samodzielnie.
-Nie no co ty, nic się nie stało... - do moich oczy zaczęły napływać łzy. Jej głos wskazywał na coś innego. Spojrzała za mnie, wzrokiem pełnym nienawiści i pogardy.
-Nie, ja naprawdę cię przepraszam!- głos mi drżał, a ręce zaczęły się trząść kiedy drzwi od sali się zamknęły. Jednak straszniejsze było to że miała numer 35 a sala do jakiej miałam dotrzeć miała mieć numer 21 - Chyba zabłądziłam i... - pustka właśnie to pozostało na korytarzach. Jeżeli dziś stres mnie nie wykończy to zrobi to wykładowca. Mój starszy brat straszył mnie że są okropnie zawistni w stosunku do spóźnialskich - i już jestem spóźniona na pierwszy wykład. Ja nie wiem, co ja zrobię!- dziewczyna zmrużyła oczy
-Hm... Pierwszy rok, prawda ?- aż tak bardzo było to widać ?
-Tak... - modliłam się oto by się nie rozpłakać.
-No to witaj w labiryncie zwanym Warszawą. Jestem Lena Słomka. do usług. - teatralnie się skłoniła, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Uspokoiło mnie to. Teraz dokładniej się jej przyjrzałam. Miała czarne włosy które wyglądają na niebieskie i ciemno zielone oczy. Była troszkę wyższa ode mnie. Zastanawiało mnie jedno skąd do jasnej makreli wiedziała że nie jestem z Warszawy ?
-Em. Dzięki.
-To... - zawahała się. Była tak jakby zatroskana.- często tak wpadasz na ludzi ? -uśmiech ponownie wrócił. Jej głos stał się weselszy.
- Raczej nie, tak w ogóle to jestem Monika Gawin. Wiesz gdzie mogę znaleść salę 21 ?- moje końciki ust nieśmiało powędrowały do góry. Moja nowa koleżanka zmarszczyła brwi.
-Studiujesz medycynę ? - pokiwałam głową -znajduję się w budynku obok, a konkretniej na parterze. Jak wchodzisz to idziesz na lewo. Obecnie znajdujesz się na wydziale psychologi- zbladłam. Normalnie czułam jak niedawno odzyskane kolorki ze mnie z chodziły.
-Oj ... dobrze! Przepraszam jeszcze raz i do zobaczenia!
-Do zobaczenia.
Ominęłam ją po czym ruszyłam do sali wykładowej. Teraz pozostało mi tylko mieć nadzieję na wyrozumiałego profesora.
***
Jak to mówią nadzieja matką głupich. A powiedzenie że znalazłam się w pajęczej sieci przy profesorze Pająku to w ogóle komedia. Plus moja arachnofobia. Powitało mnie jego surowe spojrzenie oraz skrzypienie kredy którą maltretował nie tylko tablicę lecz również nasze uszy. Zamiast pierwszego tematu resztę lekcji słuchałam i tutaj cytuje ,, Jak ktoś tak zapewne głupi, rudy, bez poszanowania do reguł szkolnych, prawdopodobnie uzależniony od marichuany sądząc po twoich oczach i bezbożny ( nazwał bezbożną całą klasę bo nie pomodliliśmy się po wejściu do sali ) mógł dostać się na medycynę''. Później mówił że nic ze mnie nie będzie itd. Po jeszcze paru wykładach oficialnie skończył się mój pierwszy dzień w szkole. Udałam się po podręczniki i tuż przy kasie otrzymałam telefon od ...
piątek, 20 października 2017
Lena
- No hej! Tam masz swoje pokoje. Ja cię zostawiam, bo muszę się przygotować na randkę!
Ja dużo nie mówiłam, miałam zbyt wiele na głowie. Miałam do dyspozycji sypialnię, łazienkę i jakby taki osobisty salon, reszta była wspólna. "Lepiej niż w domu" - pomyślałam. Na wstępie zmieniłam sobie pościel i wyciągnęłam ozdoby, które zabrałam ze sobą z domu. Rozwiesiłam na ścianach plakaty Imagine Dragons, na półkach porozkładałam książki, położyłam na łóżku pluszaka "Pana Rysia" i wypuściłam z klatki Lokiego, który od razu usadowił się na mojej świeżo wypranej pościeli. Postawiłam na ziemi jago miseczki (reszta jego rzeczy miała przyjść pocztą). Po skończonej pracy (a właściwie 1/10 tego co jeszcze miałam zrobić) rzuciłam się na łóżko. Kot zajął miejsce na mojej twarzy, ale zwaliłam go na brzuch i lekko gładziłam jego szare futro. Tą sielankę przerwała Paulina, która wpadła do mojego pokoju nawet nie pukając. Zerwałam się tak gwałtownie, ze Loki syknął na mnie i schował się w lekko uchylonej szafie. Spojrzałam w tamtą stronę przepraszającym wzrokiem, po czym zwróciłam się do dziewczyny.
- Hej. O co chodzi? - zaczęłam.
- Bo ja teraz idę na spotkanie z chłopakiem - powiedziała dumnym głosem - i jeżeli chcesz coś na obiad to w dolnej szufladzie w kuchni koło piekarnika są pieniądze. Jakieś jeden k, więc powinno wystarczyć. A jakby co to lodówka też jest pełna.
Patrzyłam na nią zdziwiona, z lekko rozdziawionymi ustami, mrugając tylko co jakiś czas. Co? Pieniądze? Jej pieniądze? Że niby ja mam? CO? Szybko wstałam kreśląc rękoma iksy i podeszłam do niej.
- Przecież to ja powinnam płacić za swoje jedzenie! - niemal krzyknęłam, po czym zaczęłam na spokojnie - No przecież to twoje pieniądze. Co ty w ogóle mówisz? Przecież mam swoje, mogę sama się...żywić... Nie przesadzajmy... Na serio. Nie będę przecież zabierała twojej własności, to praktycznie kradzież - mówiłam poruszona, zdziwiona i lekko rozdrażniona.
Wpatrywałam się w jej uśmiechniętą twarz, której wyraz się nie zmieniał, jakby była zaprogramowana na tylko jedną minę.
- Mi to nie przeszkadza. Mieszkasz u mnie, więc możesz korzystać z moich pieniędzy - rzekła beztroskim głosem niemal podskakując z radości i błogości.
- Ekhem - nie byłam pewna czy jest sens to ciągnąć, bo czułam, że ona i tak pozostanie przy swoim - Dzięki?
Spojrzałam na nią marszcząc brwi. Czy ona w ogóle rozumiała co się działo? Czułam się trochę, jakbym rozmawiała z dzieckiem, a przynajmniej tak to odbierałam...
- A, i jeszcze zawsze będzie w szufladzie około 1k i jak będzie ci brakować, to możesz sobie wziąść, a ja nie będę cię z tego rozliczać, a właśnie prawie zapomniałam klucze do domu, garażu i bramki masz w tej samej szufladzie co pieniądze. Możesz sobie wziąć - dodała beznamiętnie dziewczyna i wyszła.
Nie ma to jak poszanowanie dla pieniądza! Zapowiadał się ciekawy rok. Obawiałam się tylko, czy skoro ja mogłam korzystać z jej dochodów, to czy ona nie zawaha się sięgnąć do mojego portfela? Musiałam dobrze ukryć wartościowe rzeczy. Zaśmiałam się sama z siebie i ruszyłam do kuchni. Wyjęłam z szafki klucze i delikatnie odsunęłam banknoty, jak gdyby w każdej chwili mogły mi odgryźć rękę. Wróciłam do pokoju i zabrałam się do namawiania Lokiego do wyjścia z szafy.
***
"Piiiiiiiiiiiiiiiiiiip!" To było to. Odgłos, który miał mi uprzykrzać życie przez najbliższe kilka miesięcy - budzik. Wyłączyłam alarm i usiadłam na łóżku. Wnętrze mojego pokoju pozostawiało jeszcze sporo do życzenia, ale miałam sporo czasu na urządzenie się, więc póki co się tym nie przejmowałam. Rozejrzałam się i (jak się spodziewałam) ujrzałam mojego kochanego, małego leniucha śpiącego na parapecie. Postanowiłam go nie budzić i najciszej jak potrafiłam ubrałam się w ciuchy do biegania. Zabrałam telefon, słuchawki i wyszłam z mieszkania. Była równa szósta, więc idealna godzina na jogging. Upatrzyłam sobie już jakiś czas temu miejsce, w którym mogłabym ćwiczyć. Włączyłam moją ulubioną playlistę i ruszyłam. Po około czterdziestu minutach wróciłam do domu i wzięłam prysznic, później zaczęłam pakować się na wykłady. Pierwszy miałam o ósmej, więc nie musiałam się spieszyć. Po pewnym czasie byłam już na przystanku. Szybko dotarłam na uczelnię i miałam jeszcze sporo czasu do zajęć. Stałam na korytarzu oparta o ścianę, aż zaschło mi w gardle. Na przeciwko mnie był automat z napojami. Poszukałam w torbie drobnych i podeszłam do urządzenia. Wybrałam herbatę mrożoną Lipton o jakimś egzotycznym smaku. Wzięłam łyka, cóż za smak?! Pyszności! Zawsze kochałam herbatę, w każdej formie. Znalazłam nawet w pobliżu mojego mieszkania świetną kawiarnię o nazwie "Kawiarnia". Wiem, szalenie oryginalna nazwa. Rozglądnęłam się za miejscem siedzącym, ponieważ wcześniej wszystkie krzesła (tylko trzy) były zajęte, a mnie już bardzo bolały nogi. Nagle dostrzegłam je, spojrzałam w jego stronę z pożądaniem. Najwyraźniej ktoś musiał wyjść do toalety, bądź zrezygnował z czekania. Wiedziałam, że to była okazja, moja szansa. Na korytarzach nie było litości. Kątem oka ujrzałam chłopaka, który przymierzał się do zajęcia miejsca. Musiałam być pierwsza! Spojrzeliśmy sobie w oczy, zmarszczyliśmy brwi... Czułam się jak w filmie lub co najmniej na restlingu. Nie miałam ochoty na oddanie tego krzesła, nie ważne ile krwi miałabym przelać. Ruszyliśmy. Biegłam ile miałam sił w nogach, byłam od niego szybsza. Byłam tak blisko, tak blisko... Jednak nagle poczułam ból w boku i upadłam. Widziałam jak chłopak z szyderczym uśmiechem siada na MOIM miejscu. Dopiero po chwili zrozumiałam, że leżę na ziemi, a nade mną schyla się jakaś dziewczyna przepraszając mnie. Wstałam szybko otrzepując się z zakłopotaniem.
- Przepraszam cię! O Boże, ale ze mnie niezdara! - mówiła ta, która na mnie wpadła, wyraźnie przestraszona.
- Nie no co ty, nic się nie stało... - spojrzałam jeszcze raz na chłopaka z nienawiścią w oczach.
- Nie, ja naprawdę cię przepraszam! Po prostu chyba zabłądziłam i... i już jestem spóźniona na pierwszy wykład. Ja nie wiem, co ja zrobię!
- Hm... Pierwszy rok, prawda?
- Tak...
- No to witaj w labiryncie zwanym Warszawą. Jestem Lena Słomka, do usług.
- Em. Dzięki.
- To... często tak wpadasz na ludzi? - zapytałam z uśmiechem.
czwartek, 19 października 2017
Paulina
Wstałam dzisiaj rano bardzo wcześnie, ponieważ dzisiaj miała przyjechać moja współlokatorka. Ledwie się ogarnęłam, usłyszałam dzwonek do drzwi. To była Lena. Już się widziałyśmy i bardzo się zaprzyjaźńiłyśmy. Miała 3 walizki, więc powiedziałam jej, że pomogę, bo wyglądały na ciężkie - rzeczywiście takie były, ale mniejsza z tym. Powiedziałam jej, że salon i kuchnie mamy wspólną i ma 2 pokoje, i swoją łazienkę, i ja tak samo - dom był dosyć duży. Lena powiedziała, że tu bardzo ładnie, a przede wszystkim czysto. Zaśmiałam się i powiedziałam, że się staram. Weszliśmy do jej pokoju i zaczęłam mówić, że ja już nie przeszkadzam i wyszłam. Ponieważ musiałam się umalować, bo miałam dzisiaj randkę w restauracji. Zajęło mi to sporo czasu, razem z przebieraniem. Poszłam do Leny i powiedziałam, że idę na spotkanie z chłopakiem i jak chce sobie coś na obiad zamówić to ma pieniądze koło piekarnika w szufladzie - było ich około 1k, a jak nie to lodówka jest pełna i napewno coś jej podpasuje.
- Przecież to na powinnam płacić za swoje jedziecie - zaczęła
- Mi to nie przeszkadza. Mieszkasz u mnie, więc możesz korzystać z moich pieniędzy - powiedziałam beztrosko.
- Dzięki - zaczęła się uśmiechać
- A, i jeszcze zawsze będzie w szufladzie około 1k i jak będzie ci brakować, to możesz sobie wziąść, a ja nie będę cię z tego rozliczać, a właśnie prawie zapomniałam klucze do domu, garażu i bramki masz w tej samej szufladzie co pieniądze. Możesz sobie wziąć - powiedziałam i wyszłam.
Właśnie napisał mi chłopak, że po mnie przyjechał swoim nowym autem - to było białe BMW I8, najnowsze!