niedziela, 31 grudnia 2017

Paulina

Obudziłam się dzisiaj o 6.00 ponieważ JAKIŚ PALANT (SĄSIAD) POSTANOWIŁ ŻE SOBIE POWIERCI. Byłam tak zła, ale trochę mi przeszło (a mogłam sobie pospać do 7.00.)
- Ten dzień nie zacząć się najlepiej-krzyknęłam na tyle cicho żeby nie obudzić Leny 
-przynajmniej będę miała czas, żeby zjeść śniadanie- powiedziałam już normalnym głosem bo „ciśnienie mi zeszło”
No wiec ubrałam się, umyłam i poszłam do kuchni. 
- dziś będzie śniadanie na bogato- pomyślał sobie (ponieważ zawsze przed wykładem jem tylko jogurt, bo nigdy nie zdążam, żeby coś pożywnego sobie zrobić) 
Gdy zjadłam miałam mnóstwo czasu, żeby porobić coś co nie było by nudne. Wiec poszłam do pokoju i włączyłam telewizor. Zanim się nie oglądnęłam była już 7.35, a na wykład mam na 8.00.
-świetnie to pewnie na bank się spóźnię, a przecież teraz to są jeszcze korki na drodze. Wyszłam jak „huragan” z pokoju wzięłam wszystkie potrzebne rzeczy a na domiar złego kluczyki do auta gdzieś zgubiłam. Czas leciał nie ublagalnie a z mojego domu nie było tak blisko na wykład. Lena miała na wyklad na 8.30 ( nie pytajcie skąd to wiem, my prawie nie gadamy ze sobą, bo ona chyba mnie nie za bardzo lubi). Patrzyła się na mnie dziwnym i podejrzliwym wzrokiem(w ogóle ciagle na mnie tak patrzy) i się spytała 
- szukasz czegoś?
Tak jak by wiedziała że zgubiłam klucze
- tak, nie wiesz gdzie mam klucze do samochodu, nie widziałaś ich może? 
-spytałam szukając w szufladach 
Nie, nie widziałam ich- odparła z lekkim uśmieszkiem na twarzy i poszła do siebie 
No świetnie-powiedziałam cicho i wyszłam z domu mając jeszcze jakąś nadzieję że się nie spóźnię aż tak bardzo. A na domiar wszystkiego jakiś gościu mnie zaczepił, by spytać o drogę. Na moje szczęście Kacper jechał w tam tą stronę co ja.
-Wskakuj Paula- krzyknął i otworzył drzwi od pasażera
Wsiadłam do auta i powiedział z wielkim uśmiechem 
- jestem twoją dłużniczką
-nie ma sprawy. Nie zdążyła byś na wykład za „Chiny ludowe”.
- skąd wiesz że ja na wykład? Powiedziałam z zaskoczeniem
- Michał mi powiedział 
- to wszystko już jasne- zaśmiałam się 
-ok możesz mnie tu wysadzić i dzięki wielkie 
- nie ma sprawy- uśmiechął się i pojechał dalej 
Miałam dwie minuty by dojść do sali, a miałam na drugim pietrze. Bardzo szybko przebieram nogami, niemal że biegłam. Akurat weszłam na piętro a profesor wpuszczał do sali. 
- dzień dobry Panno Paulino- powiedział z lekkim uśmieszkiem na twarzy i zamknął za mną drzwi 

sobota, 4 listopada 2017

Justyn

Mało kto lubi poranki. Ja też nie należę do wyjątków pod tym względem. Poranek to taki czas, kiedy śpisz sobie spokojnie, jesteś szczęśliwy, beztroski, w dodatku jest ci ciepło i wygodnie (mi osobiście ten sposób egzystencji całkowicie odpowiada). AŻ TU NAGLE DZWONI CI TAKI POPAPRANIEC JAK BUDZIK, TY SIĘ ZRYWASZ, NIE WIESZ, CO SIĘ DZIEJE, PO CZYM DOCIERA DO CIEBIE ŚWIADOMOŚĆ TEGO, ŻE MUSISZ WSTAĆ I IŚĆ DO LUDZI (ten moment, kiedy capslock to za mało i musisz użyć podkreślacza) I JESZCZE BARDZIEJ NIŻ ZWYKLE CHCE CI SIĘ ZABIĆ I ZAKOŃCZYĆ TO WSZYSTKO, BO MUSISZ TO PRZEŻYWAĆ DZIEŃ W DZIEŃ!!!!!! A potem ci mija i jest wszystko w porządku. Przeważnie. Normalnie człowiek funkcjonuje. AŻ PÓŹNIEJ NASTEPNEGO DNIA... dobra, darujmy to sobie.
W każdym razie, jak zwykle z pełnym zapałem poszedłem na uczelnię. Los mi całkowicie sprzyjał i zesłał na mnie korki w całym mieście. W dodatku wykładowca zdecydował się przjść trochę wcześniej i już na starcie wygłosił mi kazanie, że jeśli mam zamiar poważnie traktować studia, powinienem unikać takich niewybaczalnych spóźnień. Ech... ciekawe, dlaczego kiedy on zjawia się 15 minut po wyznaczonym czasie, wszystko jest w porządku, a kiedy któryś ze studentów zjawi się odrobinę później, to jest grzech śmiertelny. Odnalazłem swoje miejsce na auli, koniecznie w najdalszym rzędzie, niedbale zsunąłem plecak na ziemię i położyłem się na ławce. I ludzie się jeszcze dziwią, że mam totalnie wywaloje na te studia? Przez resztę wykładów tylko półgębkiem słuchałem tego, co nasi kochani profesorowie mieli do powiedzenia. Zazwyczaj albo spałem, albo rysowałem coś po ławie. W tych całych wykładach najpiękniejsze jest to, że nikt nie zwraca uwagi na to, co robisz, dopóki tylko siedzisz cicho i nie przeszkadzasz. Za to najgorszym ich aspektem jest czas trwania. To nie jest zwykła godzina lekcyjna, trwająca 45 minut, tylko aż 2 godziny! Jeszcze gdyby to był kierunek, na który od początku chciałem się dostać, ale nieee... Moje posrane życie musi mi ciskać same kłody pod nogi! Jak raz na ruski rok mam jakiś cel, na czymś mi zależy, to akurat wtedy blokuje mi możliwości. I to już dwukrotnie. Tyle razy podchodziłem do matury. Za pierwszym razem dostałem się na fizjoterapię do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński. Przez całe wakacje szukałem mieszkania, zapraszałem współlokatorów, uzgadniałem wszystkie możliwe kwestie. I kiedy wszystko było już dopięte na ostatni guzik, w tydzień przed rozpoczęciem roku studenckiego, dostałem zawiadomienie, że zwolniło się miejsce na uczelni w Lublinie. Nie byłem już na liście rezerwowych na analityce medycznej, dostałem się do grona kandydatów!!! Stanąłem przed trudnym dylematem. Co wybrać? W Krakowie miałem wszystko załatwione, wystarczyło tylko pojechać. Z kolei Lublin w ogóle nie był brany pod uwagę. Musiałbym zaczynać cały kołowrotek z rezerwacją mieszkania od nowa, i to wszystko w zaledwie 7 dni, podczas gdy wcześniej przygotowywania zajęły mi całe wakacje! Przeklinałem w duszy tych, którzy tak późno zawiadomili mnie o zmianach. Wysłuchałem licznych opinii i rad. Jedni mówili, żebym lepiej skorzystał z okazji, a spać najwyżej będę w akademiku... Już mi bokiem wychodziły historie w stylu: "Za moich czasów studia to były ciężkie. Mieszkało się gdzie tylko była sposobność, niekiedy w fatalnych warunkach, a co ty myślisz! Myśmy wytrzymali, to ty też sobie poradzisz!". Z tym, że ich opowiadania przyniosły zupełnie inny skutek, bo zamiast mnie nakłonić, tylko mnie do tej opcji zniechęciły. W ten oto sposób znalazłem się w Krakowie. Obiecałem sobie, że za rok przystapię do matury z powrotem, poprawię swój wynik i wszystko będzie tak, jak sobie od początku założyłem. Cóż, było zupełnie odwrotnie. Nienawidzę siebie za to, że nie pojechałem wtedy do Lublina, ale skąd mogłem wiedzieć, że tak wszystko spapram. Wolę nie wspominać mojej porażki podczas testu. W każdym razie, koniec końców wylądowałem tu, w stolicy. Dalej miałem wystarczającą ilość punktów tylko na fizjoterapię, a jako, że siostra również się tutaj dostała, to była po prostu najwygodniejsza opcja. Dla wszystkich. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że w moich błędach największą rolę pełniło lenistwo, ułatwienie, komfort. Przestałem obwiniać życie za moją obecną sytuację i przyjąłem do wiadomości, że jedynym winowajcą za mój los... jestem ja sam. Postanowiłem się za to ukarać, zasmakować trudu, przestać stawiać na łatwiznę. Zdobyłem pracę o skromnym zarobku, zamieszkałem w jakiejś podrzędnej spelunie i w ten sposób przetrwałem całe wakacje. Nie wiem, jak będę teraz godził obowiązki ze studiami, ale jakoś to będzie... zapewne prędzej czy później przygarnie mnie siostra, ale jak na razie skutecznie będę zbywał jej namowy. W rozmyślaniu o tak dołujących sprawach pomagał fakt, że Monika też zazna teraz smaku samodzielności. Może miała dzisiaj gorszy dzień ode mnie? Taka nadzieja przetrzymywała mnie przy życiu przez resztę dnia, aż w przerwie miedzy zajęciami zdecydowałem się do niej dodzwonić. Wybrałem jej numer i przyłożyłem telefon do ucha, pewien, że zaraz usłyszę sekretarkę proszącą o zostawienie wiadomości. Znając moją siostrę zapomniała włączyć dźwięku i aktualnie komórka wibruje jej w plecaku, a ona nawet nie ma o tym świadomości, ale przeliczyłem się, bo jednak rudowłosa nieoczekiwanie odebrała telefon.
- No cześć Justynko, nie uwierzysz, co się dzisiaj działo!  Czaisz, że już pierwszego dnia zaspałam na wykład? A ten profesor to jakiś nawiedzony. Pająk się nazywa, jakbyś miał z nim zajęcia, się ładnie pomódl przed rozpoczęciem, bo Cię zacznie od niewiernych wyzywać.
- Heh, to powiem Ci, że na mój widok to księdza egzorcystę bedzie chciał wzywać - to były dopiero moje pierwsze słowa w tej konwersacji, Monika się wczuwa...
- Przyjedzie do twojej ławki z krzyżem i wodą święconą. No, ale ogólnie, to nie jest tak źle. Jak na razie mialam 2 wykłady. Byly bardzo ciekawe, poznałam 1 osóbkę, taką sympatyczną dziewczynę, która pokazała mi drogę do sali.
-Wooow, poznałaś nowego człowieka, brawo! Kolejny do odhaczenia wśród 2 milionów mieszkańców Warszawy.
- Zaamknij się! Ja przynajmniej nie mieszkam na wysypisku. Swoją drogą, mieszkanie mam całkiem spoko. A tak w ogóle to gdzie teraz jesteś? Bo ja właśnie skończyłam zajęcia. Może się gdzieś spotkamy zjeść obiad, czy coś?
- Em, nie bardzo, za dwadzieścia minut zaczynam kolejny wykład, nie wyrobię się.
- Nom, okej. To ja lecę, bo jestem strasznie głodna. Na razie!
Po czym się rozłączyła i po drugiej stronie telefonu zaległa cisza.

piątek, 27 października 2017

Monika

Obudziła mnie najgorsza znana ludzkości maszyna tortur - budzik. Po omacku znalazłam go i nacisnęłam przycisk drzemka, by chodź jeszcze na chwilę odpłynąć w objęcia Morfeusza. Niestety nie było mi to dane. Mój oprawca zadzwonił jeszcze raz, jednak tym razem nie było już nadziej. Leniwie go wyłączyłam, wstając przy okazji z łóżka. Przeciągle ziewnęłam przeklinając w duchu świat gdy ujrzałam dzisiejszą datę. Dzisiejszy poniedziałek okazał się moim pierwszym dniem studiów medycznych. Wolałabym się dziś nie obudzić. Powłóczyłam nogami w stronę łazienki. Wzięłam szybki przysznic i umyłam zęby. Następnie rozpoczęła się walka pomiędzy mną a moimi włosami które jak na złość nie chciały się rozczesać. Gdy w końcu udało mi się pokonać ten rudy gąszcz, spokojnie zajęłam się ich suszeniem. W ręczniku wróciłam do sypialni w poszukiwaniu ubrań. Słońce właśnie wstało. Wyjrzałam przez okno. Rozciągała się przede mą panorama naszej solicy - Warszawy. Mieszkam tu już tydzień lecz nadal taki widok mnie fascynuje. Ogólnie te wszystkie wieżowce, harmider na ulicach i budki z hot-dogami to dla mnie nowość. Całe życie mieszkałam na wsi i miasto naprawdę jest dla mnie czymś nowym. Jednak nie zmieniało to faktu że większość kształtów była dla mnie zamazana i wyglądała jakby przedszkolak postanowił pobawić się farbami. Nie żeby coś bo nie mam nic do dzieci, to po prostu są uroki mojej wady wzroku. Przerwałam podziwianie widoków i wróciłam do poszukiwań. Może to dziwne ale nadal nie byłam rozpakowana i 3/4 moich rzeczy ciągle znajdowała się w pudłach. I nawet to nie jest najgorsze. Najgorsze było to że nie pamiętałam gdzie co pochowałam. Zaczęłam otwierać je po kolej, a moim oczom ukazywały się książki, ozdóbki, albumy aż w końcu znalazłam mój cel. Można powiedzieć że bluzka którą wyciągnęłam jako pierwszą idealnie pasowała do dnia dzisiejszego. Był to ciemno szary t-shirt z czarnym napisem '' I hate Mondays ''. Przypadek ? Nie sądzę. Pod nią znalazłam jasne jeansy z dziurami na kolanach. W następnym pudle znalazłam czarną bluzę. Poszukiwania zakończyłam wraz ze znalezieniem bielizny. Po ubraniu się w znalezione odzienie, następnym punktem mojego dziennego rytuału było zaparzenie kawy. Oczywiście zrobiłam sobie cappuccino bez cukru ale za to z cynamonem. Mniam. Zasiadłam przy stole znajdującym się w kuchni i zaczęłam grać na wcześniej zabranym z mojego pokoju telefonem. Niestety oplułam go kawą, jak i również stół oraz moje spodnie gdy ujrzałam godzinę. 7:32, wykłady zaczynają się o ósmej, budynek szkoły jest dwie przecznice stąd. W ułamku sekundy moja ukochana kawa znalazła się w zlewie. Z szybkością światła znalazłam nowe spodnie, a brudne wrzuciłam do kosza na pranie. Pospiesznie zaczęłam pakować potrzebne zeszyty, piórnik, portfel itp. Nawet nie wiedziałam kiedy założyłam czarne glany, w których zazwyczaj chodziłam. Znalazłam się w tempie ekspresowym na zewnątrz budynku. Biegłam tyle ile sił miałam w nogach nie zważając na jadące auta czy nielicznych ludzi który wyłaniali się nie wiadomo skąd. W parę sekund a przynajmniej tak mi się wydawało znalazłam się u celu. Trzy minuty - dokładnie tyle zostało mi do rozpoczęcia pierwszych zajęć. Zwinnie omijałam innych studentów. To było jak tor przeszkód, nawet mój niski wzrost mi nie pomagał. I nagle ujrzałam ją, salę w której miał odbyć się mój pierwszy wykład. I kiedy drzwi znajdowały się już na wyciągnięcie mojej ręki, zderzyłam się z kimś. Poturbowana przeze mnie dziewczyna leżała na ziemi. Spanikowałam.
-Przepraszam cię! - mój głos stał się piskliwy, oraz płaczliwy - O Boże, ale ze mnie niezdara! - próbowałam pomóc jej wstać lecz zrobiła to samodzielnie.
-Nie no co ty, nic się nie stało... - do moich oczy zaczęły napływać łzy. Jej głos wskazywał na coś innego. Spojrzała za mnie, wzrokiem pełnym nienawiści i pogardy.
-Nie, ja naprawdę cię przepraszam!- głos mi drżał, a ręce zaczęły się trząść kiedy drzwi od sali się zamknęły. Jednak straszniejsze było to że miała numer 35 a sala do jakiej miałam dotrzeć miała mieć numer 21 - Chyba zabłądziłam i... - pustka właśnie to pozostało na korytarzach. Jeżeli dziś stres mnie nie wykończy to zrobi to wykładowca. Mój starszy brat straszył mnie że są okropnie zawistni w stosunku do spóźnialskich - i już jestem spóźniona na pierwszy wykład. Ja nie wiem, co ja zrobię!- dziewczyna zmrużyła oczy
-Hm... Pierwszy rok, prawda ?- aż tak bardzo było to widać ?
-Tak... - modliłam się oto by się nie rozpłakać.
-No to witaj w labiryncie zwanym Warszawą. Jestem Lena Słomka. do usług. - teatralnie się skłoniła, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Uspokoiło mnie to. Teraz dokładniej się jej przyjrzałam. Miała czarne włosy które wyglądają na niebieskie i ciemno zielone oczy. Była troszkę wyższa ode mnie. Zastanawiało mnie jedno skąd do jasnej makreli wiedziała że nie jestem z Warszawy ?
-Em. Dzięki.
-To... - zawahała się. Była tak jakby zatroskana.- często tak wpadasz na ludzi ? -uśmiech ponownie wrócił. Jej głos stał się weselszy.
- Raczej nie, tak w ogóle to jestem Monika Gawin. Wiesz gdzie mogę znaleść salę 21 ?- moje końciki ust nieśmiało powędrowały do góry. Moja nowa koleżanka zmarszczyła brwi.
-Studiujesz medycynę ? - pokiwałam głową -znajduję się w budynku obok, a konkretniej na parterze. Jak wchodzisz to idziesz na lewo. Obecnie znajdujesz się na wydziale psychologi- zbladłam. Normalnie czułam jak niedawno odzyskane kolorki ze mnie z chodziły.
-Oj ... dobrze! Przepraszam jeszcze raz i do zobaczenia!
-Do zobaczenia.
Ominęłam ją po czym ruszyłam do sali wykładowej. Teraz pozostało mi tylko mieć nadzieję na wyrozumiałego profesora.
                                                                   ***
Jak to mówią nadzieja matką głupich. A powiedzenie że znalazłam się w pajęczej sieci przy profesorze Pająku to w ogóle komedia. Plus moja arachnofobia. Powitało mnie jego surowe spojrzenie oraz skrzypienie kredy którą maltretował nie tylko tablicę lecz również nasze uszy. Zamiast pierwszego tematu resztę lekcji słuchałam i tutaj cytuje ,, Jak ktoś tak zapewne głupi, rudy, bez poszanowania do reguł szkolnych, prawdopodobnie uzależniony od marichuany sądząc po twoich oczach i bezbożny ( nazwał bezbożną całą klasę bo nie pomodliliśmy się po wejściu do sali ) mógł dostać się na medycynę''. Później mówił że nic ze mnie nie będzie itd. Po jeszcze paru wykładach oficialnie skończył się mój pierwszy dzień w szkole. Udałam się po podręczniki i tuż przy kasie otrzymałam telefon od ...

piątek, 20 października 2017

Lena

       Siedziałam, a raczej leżałam na twardym siedzeniu autobusu wpatrując się w fotel przede mną. Zastanawiałam się czy zeschnięta substancja przyklejona do obicia jest starą gumą do żucia, czy czymś bardziej podejrzanym... Na kolanach trzymałam przenośną klatkę z Lokim, który większość drogi przespał, ale teraz miauczał jakby go opętało. Wstałam około drugiej w nocy, żeby zebrać się, zdążyć na pociąg, a potem też na bus, którym właśnie jechałam, więc oczy same mi się kleiły. Opierałam głowę o zimną szybę, nie zważając na to, że pozostawi ślad na połowie mojej twarzy. Byłam zbyt zmęczona, aby przejmować się moim i tak godnym pożałowania wyglądem lub spojrzeniami ludzi, którzy patrzyli na mnie jak gdybym była typowym "dresem z osiedla" albo niedorozwiniętym dzieckiem. Swoją drogą to dość osobliwe połączenie. Spoglądałam spod przymkniętych powiek na dziewczynę siedzącą naprzeciw mnie, odwracając wzrok, za każdym razem, gdy na mnie patrzyła. Jak ja lubiłam stawiać ludzi w niezręcznych sytuacjach! Męczyłam tak niczemu niewinną kobietę, dopóki pojazd nie zatrzymał się przy przystanku, na którym miałam wysiąść. Niezgrabnie zgramoliłam się z krzesła ciągnąc za sobą moją torbę oraz kota i wyszłam na zewnątrz. Rześkie powietrze dosłownie uderzyło mnie w twarz. Przetarłam oczy i przejechałam ręką po zelektryzowanych włosach usiłując je ułożyć - oczywiście bezskutecznie. Wyciągnęłam moje trzy walizki ze schowka autobusu i wtedy zaczęła się zabawa. Trzy walizki, Loki + torba i tylko dwie ręce... Przerzuciłam mój bagaż podręczny przez ramię, a pozostałe "tobołki" ciągnęłam za sobą (to musiało baaaardzo ciekawie wyglądać). Zbliżyłam się do bloku, w którym miałam mieszkać, aż do Bożego Narodzenia (dopiero wtedy wracam do mojego rodzinnego domu). Budynek był nowoczesny, wysoki i z windą, za co z całego serca dziękowałam Bogu. Po około trzydziestu minutach walki z moimi rzeczami, dotarłam pod drzwi mojego tymczasowego domu. Zadzwoniłam dzwonkiem raz, drugi, trzeci, aż w końcu w drzwiach pojawiła się dziewczyna w moim wieku uśmiechnięta od ucha do ucha - Paulina. To jej mieszkanie, ja tylko wynajmuję, mamy być współlokatorkami. Spotkałyśmy się już około miesiąca temu , gdy oglądałam lokum. Wydawała mi się trochę... sama nie wiem... zbytnio wesoła? Nie mam nic do bycia szczęśliwym, sama jestem, jak mniemam, optymistką, ale z tą dziewczyną ewidentnie było coś nie tak. Zwłaszcza, że już przy naszym pierwszym spotkaniu uznała nas za przyjaciółki. No, ale cóż. Ja nie oceniam! Pomogła mi wnieść rzeczy i od razu zagadała:
- No hej! Tam masz swoje pokoje. Ja cię zostawiam, bo muszę się przygotować na randkę!
Ja dużo nie mówiłam, miałam zbyt wiele na głowie. Miałam do dyspozycji sypialnię, łazienkę i jakby taki osobisty salon, reszta była wspólna. "Lepiej niż w domu" - pomyślałam. Na wstępie zmieniłam sobie pościel i wyciągnęłam ozdoby, które zabrałam ze sobą z domu. Rozwiesiłam na ścianach plakaty Imagine Dragons, na półkach porozkładałam książki, położyłam na łóżku pluszaka "Pana Rysia" i wypuściłam z klatki Lokiego, który od razu usadowił się na mojej świeżo wypranej pościeli. Postawiłam na ziemi jago miseczki (reszta jego rzeczy miała przyjść pocztą). Po skończonej pracy (a właściwie 1/10 tego co jeszcze miałam zrobić) rzuciłam się na łóżko. Kot zajął miejsce na mojej twarzy, ale zwaliłam go na brzuch i lekko gładziłam jego szare futro. Tą sielankę przerwała Paulina, która wpadła do mojego pokoju nawet nie pukając. Zerwałam się tak gwałtownie, ze Loki syknął na mnie i schował się w lekko uchylonej szafie. Spojrzałam w tamtą stronę przepraszającym wzrokiem, po czym zwróciłam się do dziewczyny.
- Hej. O co chodzi? - zaczęłam.
- Bo ja teraz idę na spotkanie z chłopakiem - powiedziała dumnym głosem - i jeżeli chcesz coś na obiad to w dolnej szufladzie w kuchni koło piekarnika są pieniądze. Jakieś jeden k, więc powinno wystarczyć. A jakby co to lodówka też jest pełna.
Patrzyłam na nią zdziwiona, z lekko rozdziawionymi ustami, mrugając tylko co jakiś czas. Co? Pieniądze? Jej pieniądze? Że niby ja mam? CO? Szybko wstałam kreśląc rękoma iksy i podeszłam do niej.
- Przecież to ja powinnam płacić za swoje jedzenie! - niemal krzyknęłam, po czym zaczęłam na spokojnie - No przecież to twoje pieniądze. Co ty w ogóle mówisz? Przecież mam swoje, mogę sama się...żywić... Nie przesadzajmy... Na serio. Nie będę przecież zabierała twojej własności, to praktycznie kradzież - mówiłam poruszona, zdziwiona i lekko rozdrażniona.
Wpatrywałam się w jej uśmiechniętą twarz, której wyraz się nie zmieniał, jakby była zaprogramowana na tylko jedną minę.
- Mi to nie przeszkadza. Mieszkasz u mnie, więc możesz korzystać z moich pieniędzy - rzekła beztroskim głosem niemal podskakując z radości i błogości.
- Ekhem - nie byłam pewna czy jest sens to ciągnąć, bo czułam, że ona i tak pozostanie przy swoim - Dzięki?
Spojrzałam na nią marszcząc brwi. Czy ona w ogóle rozumiała co się działo? Czułam się trochę, jakbym rozmawiała z dzieckiem, a przynajmniej tak to odbierałam...
- A, i jeszcze zawsze będzie w szufladzie około 1k i jak będzie ci brakować, to możesz sobie wziąść, a ja nie będę cię z tego rozliczać, a właśnie prawie zapomniałam klucze do domu, garażu i bramki masz w tej samej szufladzie co pieniądze. Możesz sobie wziąć - dodała beznamiętnie dziewczyna i wyszła.
Nie ma to jak poszanowanie dla pieniądza! Zapowiadał się ciekawy rok. Obawiałam się tylko, czy skoro ja mogłam korzystać z jej dochodów, to czy ona nie zawaha się sięgnąć do mojego portfela? Musiałam dobrze ukryć wartościowe rzeczy. Zaśmiałam się sama z siebie i ruszyłam do kuchni. Wyjęłam z szafki klucze i delikatnie odsunęłam banknoty, jak gdyby w każdej chwili mogły mi odgryźć rękę. Wróciłam do pokoju i zabrałam się do namawiania Lokiego do wyjścia z szafy.
                                                                          ***
        "Piiiiiiiiiiiiiiiiiiip!" To było to. Odgłos, który miał mi uprzykrzać życie przez najbliższe kilka miesięcy - budzik. Wyłączyłam alarm i usiadłam na łóżku. Wnętrze mojego pokoju pozostawiało jeszcze sporo do życzenia, ale miałam sporo czasu na urządzenie się, więc póki co się tym nie przejmowałam. Rozejrzałam się i (jak się spodziewałam) ujrzałam mojego kochanego, małego leniucha śpiącego na parapecie. Postanowiłam go nie budzić i najciszej jak potrafiłam ubrałam się w ciuchy do biegania. Zabrałam telefon, słuchawki i wyszłam z mieszkania. Była równa szósta, więc idealna godzina na jogging. Upatrzyłam sobie już jakiś czas temu miejsce, w którym mogłabym ćwiczyć. Włączyłam moją ulubioną playlistę i ruszyłam. Po około czterdziestu minutach wróciłam do domu i wzięłam prysznic, później zaczęłam pakować się na wykłady. Pierwszy miałam o ósmej, więc nie musiałam się spieszyć. Po pewnym czasie byłam już na przystanku. Szybko dotarłam na uczelnię i miałam jeszcze sporo czasu do zajęć. Stałam na korytarzu oparta o ścianę, aż zaschło mi w gardle. Na przeciwko mnie był automat z napojami. Poszukałam w torbie drobnych i podeszłam do urządzenia. Wybrałam herbatę mrożoną Lipton o jakimś egzotycznym smaku. Wzięłam łyka, cóż za smak?! Pyszności! Zawsze kochałam herbatę, w każdej formie. Znalazłam nawet w pobliżu mojego mieszkania świetną kawiarnię o nazwie "Kawiarnia". Wiem, szalenie oryginalna nazwa. Rozglądnęłam się za miejscem siedzącym, ponieważ wcześniej wszystkie krzesła (tylko trzy) były zajęte, a mnie już bardzo bolały nogi. Nagle dostrzegłam je, spojrzałam w jego stronę z pożądaniem. Najwyraźniej ktoś musiał wyjść do toalety, bądź zrezygnował z czekania. Wiedziałam, że to była okazja, moja szansa. Na korytarzach nie było litości. Kątem oka ujrzałam chłopaka, który przymierzał się do zajęcia miejsca. Musiałam być pierwsza! Spojrzeliśmy sobie w oczy, zmarszczyliśmy brwi... Czułam się jak w filmie lub co najmniej na restlingu. Nie miałam ochoty na oddanie tego krzesła, nie ważne ile krwi miałabym przelać. Ruszyliśmy. Biegłam ile miałam sił w nogach, byłam od niego szybsza. Byłam tak blisko, tak blisko... Jednak nagle poczułam ból w boku i upadłam. Widziałam jak chłopak z szyderczym uśmiechem siada na MOIM miejscu. Dopiero po chwili zrozumiałam, że leżę na ziemi, a nade mną schyla się jakaś dziewczyna przepraszając mnie. Wstałam szybko otrzepując się z zakłopotaniem.
- Przepraszam cię! O Boże, ale ze mnie niezdara! - mówiła ta, która na mnie wpadła, wyraźnie przestraszona.
- Nie no co ty, nic się nie stało... - spojrzałam jeszcze raz na chłopaka z nienawiścią w oczach.
- Nie, ja naprawdę cię przepraszam! Po prostu chyba zabłądziłam i... i już jestem spóźniona na pierwszy wykład. Ja nie wiem, co ja zrobię!
- Hm... Pierwszy rok, prawda?
- Tak...
- No to witaj w labiryncie zwanym Warszawą. Jestem Lena Słomka, do usług.
- Em. Dzięki.
- To... często tak wpadasz na ludzi? - zapytałam z uśmiechem.

czwartek, 19 października 2017

Paulina

     Wstałam dzisiaj rano bardzo wcześnie, ponieważ dzisiaj miała przyjechać moja współlokatorka. Ledwie się ogarnęłam, usłyszałam dzwonek do drzwi. To była Lena. Już się widziałyśmy i bardzo się zaprzyjaźńiłyśmy. Miała 3 walizki, więc powiedziałam jej, że pomogę, bo wyglądały na ciężkie - rzeczywiście takie były, ale mniejsza z tym. Powiedziałam jej, że salon i kuchnie mamy wspólną i ma 2 pokoje, i swoją łazienkę, i ja tak samo - dom był dosyć duży. Lena powiedziała, że tu bardzo ładnie, a przede wszystkim czysto. Zaśmiałam się i powiedziałam, że się staram. Weszliśmy do jej pokoju i zaczęłam mówić, że ja już nie przeszkadzam i wyszłam. Ponieważ musiałam się umalować, bo miałam dzisiaj randkę w restauracji. Zajęło mi to sporo czasu, razem z przebieraniem. Poszłam do Leny i powiedziałam, że idę na spotkanie z chłopakiem i jak chce sobie coś na obiad zamówić to ma pieniądze koło piekarnika w szufladzie - było ich około 1k, a jak nie to lodówka jest pełna i napewno coś jej podpasuje.
- Przecież to na powinnam płacić za swoje jedziecie - zaczęła
- Mi to nie przeszkadza. Mieszkasz u mnie, więc możesz korzystać z moich pieniędzy - powiedziałam beztrosko.
- Dzięki - zaczęła się uśmiechać
- A, i jeszcze zawsze będzie w szufladzie około 1k i jak będzie ci brakować, to możesz sobie wziąść, a ja nie będę cię z tego rozliczać, a właśnie prawie zapomniałam klucze do domu, garażu i bramki masz w tej samej szufladzie co pieniądze. Możesz sobie wziąć - powiedziałam i wyszłam.
Właśnie napisał mi chłopak, że po mnie przyjechał swoim nowym autem - to było białe BMW I8, najnowsze!