Siedziałam, a raczej leżałam na twardym siedzeniu autobusu wpatrując się w fotel przede mną. Zastanawiałam się czy zeschnięta substancja przyklejona do obicia jest starą gumą do żucia, czy czymś bardziej podejrzanym... Na kolanach trzymałam przenośną klatkę z Lokim, który większość drogi przespał, ale teraz miauczał jakby go opętało. Wstałam około drugiej w nocy, żeby zebrać się, zdążyć na pociąg, a potem też na bus, którym właśnie jechałam, więc oczy same mi się kleiły. Opierałam głowę o zimną szybę, nie zważając na to, że pozostawi ślad na połowie mojej twarzy. Byłam zbyt zmęczona, aby przejmować się moim i tak godnym pożałowania wyglądem lub spojrzeniami ludzi, którzy patrzyli na mnie jak gdybym była typowym "dresem z osiedla" albo niedorozwiniętym dzieckiem. Swoją drogą to dość osobliwe połączenie. Spoglądałam spod przymkniętych powiek na dziewczynę siedzącą naprzeciw mnie, odwracając wzrok, za każdym razem, gdy na mnie patrzyła. Jak ja lubiłam stawiać ludzi w niezręcznych sytuacjach! Męczyłam tak niczemu niewinną kobietę, dopóki pojazd nie zatrzymał się przy przystanku, na którym miałam wysiąść. Niezgrabnie zgramoliłam się z krzesła ciągnąc za sobą moją torbę oraz kota i wyszłam na zewnątrz. Rześkie powietrze dosłownie uderzyło mnie w twarz. Przetarłam oczy i przejechałam ręką po zelektryzowanych włosach usiłując je ułożyć - oczywiście bezskutecznie. Wyciągnęłam moje trzy walizki ze schowka autobusu i wtedy zaczęła się zabawa. Trzy walizki, Loki + torba i tylko dwie ręce... Przerzuciłam mój bagaż podręczny przez ramię, a pozostałe "tobołki" ciągnęłam za sobą (to musiało baaaardzo ciekawie wyglądać). Zbliżyłam się do bloku, w którym miałam mieszkać, aż do Bożego Narodzenia (dopiero wtedy wracam do mojego rodzinnego domu). Budynek był nowoczesny, wysoki i z windą, za co z całego serca dziękowałam Bogu. Po około trzydziestu minutach walki z moimi rzeczami, dotarłam pod drzwi mojego tymczasowego domu. Zadzwoniłam dzwonkiem raz, drugi, trzeci, aż w końcu w drzwiach pojawiła się dziewczyna w moim wieku uśmiechnięta od ucha do ucha - Paulina. To jej mieszkanie, ja tylko wynajmuję, mamy być współlokatorkami. Spotkałyśmy się już około miesiąca temu , gdy oglądałam lokum. Wydawała mi się trochę... sama nie wiem... zbytnio wesoła? Nie mam nic do bycia szczęśliwym, sama jestem, jak mniemam, optymistką, ale z tą dziewczyną ewidentnie było coś nie tak. Zwłaszcza, że już przy naszym pierwszym spotkaniu uznała nas za przyjaciółki. No, ale cóż. Ja nie oceniam! Pomogła mi wnieść rzeczy i od razu zagadała:
- No hej! Tam masz swoje pokoje. Ja cię zostawiam, bo muszę się przygotować na randkę!
Ja dużo nie mówiłam, miałam zbyt wiele na głowie. Miałam do dyspozycji sypialnię, łazienkę i jakby taki osobisty salon, reszta była wspólna. "Lepiej niż w domu" - pomyślałam. Na wstępie zmieniłam sobie pościel i wyciągnęłam ozdoby, które zabrałam ze sobą z domu. Rozwiesiłam na ścianach plakaty Imagine Dragons, na półkach porozkładałam książki, położyłam na łóżku pluszaka "Pana Rysia" i wypuściłam z klatki Lokiego, który od razu usadowił się na mojej świeżo wypranej pościeli. Postawiłam na ziemi jago miseczki (reszta jego rzeczy miała przyjść pocztą). Po skończonej pracy (a właściwie 1/10 tego co jeszcze miałam zrobić) rzuciłam się na łóżko. Kot zajął miejsce na mojej twarzy, ale zwaliłam go na brzuch i lekko gładziłam jego szare futro. Tą sielankę przerwała Paulina, która wpadła do mojego pokoju nawet nie pukając. Zerwałam się tak gwałtownie, ze Loki syknął na mnie i schował się w lekko uchylonej szafie. Spojrzałam w tamtą stronę przepraszającym wzrokiem, po czym zwróciłam się do dziewczyny.
- Hej. O co chodzi? - zaczęłam.
- Bo ja teraz idę na spotkanie z chłopakiem - powiedziała dumnym głosem - i jeżeli chcesz coś na obiad to w dolnej szufladzie w kuchni koło piekarnika są pieniądze. Jakieś jeden k, więc powinno wystarczyć. A jakby co to lodówka też jest pełna.
Patrzyłam na nią zdziwiona, z lekko rozdziawionymi ustami, mrugając tylko co jakiś czas. Co? Pieniądze? Jej pieniądze? Że niby ja mam? CO? Szybko wstałam kreśląc rękoma iksy i podeszłam do niej.
- Przecież to ja powinnam płacić za swoje jedzenie! - niemal krzyknęłam, po czym zaczęłam na spokojnie - No przecież to twoje pieniądze. Co ty w ogóle mówisz? Przecież mam swoje, mogę sama się...żywić... Nie przesadzajmy... Na serio. Nie będę przecież zabierała twojej własności, to praktycznie kradzież - mówiłam poruszona, zdziwiona i lekko rozdrażniona.
Wpatrywałam się w jej uśmiechniętą twarz, której wyraz się nie zmieniał, jakby była zaprogramowana na tylko jedną minę.
- Mi to nie przeszkadza. Mieszkasz u mnie, więc możesz korzystać z moich pieniędzy - rzekła beztroskim głosem niemal podskakując z radości i błogości.
- Ekhem - nie byłam pewna czy jest sens to ciągnąć, bo czułam, że ona i tak pozostanie przy swoim - Dzięki?
Spojrzałam na nią marszcząc brwi. Czy ona w ogóle rozumiała co się działo? Czułam się trochę, jakbym rozmawiała z dzieckiem, a przynajmniej tak to odbierałam...
- A, i jeszcze zawsze będzie w szufladzie około 1k i jak będzie ci
brakować, to możesz sobie wziąść, a ja nie będę cię z tego rozliczać, a
właśnie prawie zapomniałam klucze do domu, garażu i bramki masz w tej
samej szufladzie co pieniądze. Możesz sobie wziąć - dodała beznamiętnie dziewczyna i wyszła.
Nie ma to jak poszanowanie dla pieniądza! Zapowiadał się ciekawy rok. Obawiałam się tylko, czy skoro ja mogłam korzystać z jej dochodów, to czy ona nie zawaha się sięgnąć do mojego portfela? Musiałam dobrze ukryć wartościowe rzeczy. Zaśmiałam się sama z siebie i ruszyłam do kuchni. Wyjęłam z szafki klucze i delikatnie odsunęłam banknoty, jak gdyby w każdej chwili mogły mi odgryźć rękę. Wróciłam do pokoju i zabrałam się do namawiania Lokiego do wyjścia z szafy.
***
"Piiiiiiiiiiiiiiiiiiip!" To było to. Odgłos, który miał mi uprzykrzać życie przez najbliższe kilka miesięcy - budzik. Wyłączyłam alarm i usiadłam na łóżku. Wnętrze mojego pokoju pozostawiało jeszcze sporo do życzenia, ale miałam sporo czasu na urządzenie się, więc póki co się tym nie przejmowałam. Rozejrzałam się i (jak się spodziewałam) ujrzałam mojego kochanego, małego leniucha śpiącego na parapecie. Postanowiłam go nie budzić i najciszej jak potrafiłam ubrałam się w ciuchy do biegania. Zabrałam telefon, słuchawki i wyszłam z mieszkania. Była równa szósta, więc idealna godzina na jogging. Upatrzyłam sobie już jakiś czas temu miejsce, w którym mogłabym ćwiczyć. Włączyłam moją ulubioną playlistę i ruszyłam. Po około czterdziestu minutach wróciłam do domu i wzięłam prysznic, później zaczęłam pakować się na wykłady. Pierwszy miałam o ósmej, więc nie musiałam się spieszyć. Po pewnym czasie byłam już na przystanku. Szybko dotarłam na uczelnię i miałam jeszcze sporo czasu do zajęć. Stałam na korytarzu oparta o ścianę, aż zaschło mi w gardle. Na przeciwko mnie był automat z napojami. Poszukałam w torbie drobnych i podeszłam do urządzenia. Wybrałam herbatę mrożoną Lipton o jakimś egzotycznym smaku. Wzięłam łyka, cóż za smak?! Pyszności! Zawsze kochałam herbatę, w każdej formie. Znalazłam nawet w pobliżu mojego mieszkania świetną kawiarnię o nazwie "Kawiarnia". Wiem, szalenie oryginalna nazwa. Rozglądnęłam się za miejscem siedzącym, ponieważ wcześniej wszystkie krzesła (tylko trzy) były zajęte, a mnie już bardzo bolały nogi. Nagle dostrzegłam je, spojrzałam w jego stronę z pożądaniem. Najwyraźniej ktoś musiał wyjść do toalety, bądź zrezygnował z czekania. Wiedziałam, że to była okazja, moja szansa. Na korytarzach nie było litości. Kątem oka ujrzałam chłopaka, który przymierzał się do zajęcia miejsca. Musiałam być pierwsza! Spojrzeliśmy sobie w oczy, zmarszczyliśmy brwi... Czułam się jak w filmie lub co najmniej na restlingu. Nie miałam ochoty na oddanie tego krzesła, nie ważne ile krwi miałabym przelać. Ruszyliśmy. Biegłam ile miałam sił w nogach, byłam od niego szybsza. Byłam tak blisko, tak blisko... Jednak nagle poczułam ból w boku i upadłam. Widziałam jak chłopak z szyderczym uśmiechem siada na MOIM miejscu. Dopiero po chwili zrozumiałam, że leżę na ziemi, a nade mną schyla się jakaś dziewczyna przepraszając mnie. Wstałam szybko otrzepując się z zakłopotaniem.
- Przepraszam cię! O Boże, ale ze mnie niezdara! - mówiła ta, która na mnie wpadła, wyraźnie przestraszona.
- Nie no co ty, nic się nie stało... - spojrzałam jeszcze raz na chłopaka z nienawiścią w oczach.
- Nie, ja naprawdę cię przepraszam! Po prostu chyba zabłądziłam i... i już jestem spóźniona na pierwszy wykład. Ja nie wiem, co ja zrobię!
- Hm... Pierwszy rok, prawda?
- Tak...
- No to witaj w labiryncie zwanym Warszawą. Jestem Lena Słomka, do usług.
- Em. Dzięki.
- To... często tak wpadasz na ludzi? - zapytałam z uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz