piątek, 27 października 2017

Monika

Obudziła mnie najgorsza znana ludzkości maszyna tortur - budzik. Po omacku znalazłam go i nacisnęłam przycisk drzemka, by chodź jeszcze na chwilę odpłynąć w objęcia Morfeusza. Niestety nie było mi to dane. Mój oprawca zadzwonił jeszcze raz, jednak tym razem nie było już nadziej. Leniwie go wyłączyłam, wstając przy okazji z łóżka. Przeciągle ziewnęłam przeklinając w duchu świat gdy ujrzałam dzisiejszą datę. Dzisiejszy poniedziałek okazał się moim pierwszym dniem studiów medycznych. Wolałabym się dziś nie obudzić. Powłóczyłam nogami w stronę łazienki. Wzięłam szybki przysznic i umyłam zęby. Następnie rozpoczęła się walka pomiędzy mną a moimi włosami które jak na złość nie chciały się rozczesać. Gdy w końcu udało mi się pokonać ten rudy gąszcz, spokojnie zajęłam się ich suszeniem. W ręczniku wróciłam do sypialni w poszukiwaniu ubrań. Słońce właśnie wstało. Wyjrzałam przez okno. Rozciągała się przede mą panorama naszej solicy - Warszawy. Mieszkam tu już tydzień lecz nadal taki widok mnie fascynuje. Ogólnie te wszystkie wieżowce, harmider na ulicach i budki z hot-dogami to dla mnie nowość. Całe życie mieszkałam na wsi i miasto naprawdę jest dla mnie czymś nowym. Jednak nie zmieniało to faktu że większość kształtów była dla mnie zamazana i wyglądała jakby przedszkolak postanowił pobawić się farbami. Nie żeby coś bo nie mam nic do dzieci, to po prostu są uroki mojej wady wzroku. Przerwałam podziwianie widoków i wróciłam do poszukiwań. Może to dziwne ale nadal nie byłam rozpakowana i 3/4 moich rzeczy ciągle znajdowała się w pudłach. I nawet to nie jest najgorsze. Najgorsze było to że nie pamiętałam gdzie co pochowałam. Zaczęłam otwierać je po kolej, a moim oczom ukazywały się książki, ozdóbki, albumy aż w końcu znalazłam mój cel. Można powiedzieć że bluzka którą wyciągnęłam jako pierwszą idealnie pasowała do dnia dzisiejszego. Był to ciemno szary t-shirt z czarnym napisem '' I hate Mondays ''. Przypadek ? Nie sądzę. Pod nią znalazłam jasne jeansy z dziurami na kolanach. W następnym pudle znalazłam czarną bluzę. Poszukiwania zakończyłam wraz ze znalezieniem bielizny. Po ubraniu się w znalezione odzienie, następnym punktem mojego dziennego rytuału było zaparzenie kawy. Oczywiście zrobiłam sobie cappuccino bez cukru ale za to z cynamonem. Mniam. Zasiadłam przy stole znajdującym się w kuchni i zaczęłam grać na wcześniej zabranym z mojego pokoju telefonem. Niestety oplułam go kawą, jak i również stół oraz moje spodnie gdy ujrzałam godzinę. 7:32, wykłady zaczynają się o ósmej, budynek szkoły jest dwie przecznice stąd. W ułamku sekundy moja ukochana kawa znalazła się w zlewie. Z szybkością światła znalazłam nowe spodnie, a brudne wrzuciłam do kosza na pranie. Pospiesznie zaczęłam pakować potrzebne zeszyty, piórnik, portfel itp. Nawet nie wiedziałam kiedy założyłam czarne glany, w których zazwyczaj chodziłam. Znalazłam się w tempie ekspresowym na zewnątrz budynku. Biegłam tyle ile sił miałam w nogach nie zważając na jadące auta czy nielicznych ludzi który wyłaniali się nie wiadomo skąd. W parę sekund a przynajmniej tak mi się wydawało znalazłam się u celu. Trzy minuty - dokładnie tyle zostało mi do rozpoczęcia pierwszych zajęć. Zwinnie omijałam innych studentów. To było jak tor przeszkód, nawet mój niski wzrost mi nie pomagał. I nagle ujrzałam ją, salę w której miał odbyć się mój pierwszy wykład. I kiedy drzwi znajdowały się już na wyciągnięcie mojej ręki, zderzyłam się z kimś. Poturbowana przeze mnie dziewczyna leżała na ziemi. Spanikowałam.
-Przepraszam cię! - mój głos stał się piskliwy, oraz płaczliwy - O Boże, ale ze mnie niezdara! - próbowałam pomóc jej wstać lecz zrobiła to samodzielnie.
-Nie no co ty, nic się nie stało... - do moich oczy zaczęły napływać łzy. Jej głos wskazywał na coś innego. Spojrzała za mnie, wzrokiem pełnym nienawiści i pogardy.
-Nie, ja naprawdę cię przepraszam!- głos mi drżał, a ręce zaczęły się trząść kiedy drzwi od sali się zamknęły. Jednak straszniejsze było to że miała numer 35 a sala do jakiej miałam dotrzeć miała mieć numer 21 - Chyba zabłądziłam i... - pustka właśnie to pozostało na korytarzach. Jeżeli dziś stres mnie nie wykończy to zrobi to wykładowca. Mój starszy brat straszył mnie że są okropnie zawistni w stosunku do spóźnialskich - i już jestem spóźniona na pierwszy wykład. Ja nie wiem, co ja zrobię!- dziewczyna zmrużyła oczy
-Hm... Pierwszy rok, prawda ?- aż tak bardzo było to widać ?
-Tak... - modliłam się oto by się nie rozpłakać.
-No to witaj w labiryncie zwanym Warszawą. Jestem Lena Słomka. do usług. - teatralnie się skłoniła, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Uspokoiło mnie to. Teraz dokładniej się jej przyjrzałam. Miała czarne włosy które wyglądają na niebieskie i ciemno zielone oczy. Była troszkę wyższa ode mnie. Zastanawiało mnie jedno skąd do jasnej makreli wiedziała że nie jestem z Warszawy ?
-Em. Dzięki.
-To... - zawahała się. Była tak jakby zatroskana.- często tak wpadasz na ludzi ? -uśmiech ponownie wrócił. Jej głos stał się weselszy.
- Raczej nie, tak w ogóle to jestem Monika Gawin. Wiesz gdzie mogę znaleść salę 21 ?- moje końciki ust nieśmiało powędrowały do góry. Moja nowa koleżanka zmarszczyła brwi.
-Studiujesz medycynę ? - pokiwałam głową -znajduję się w budynku obok, a konkretniej na parterze. Jak wchodzisz to idziesz na lewo. Obecnie znajdujesz się na wydziale psychologi- zbladłam. Normalnie czułam jak niedawno odzyskane kolorki ze mnie z chodziły.
-Oj ... dobrze! Przepraszam jeszcze raz i do zobaczenia!
-Do zobaczenia.
Ominęłam ją po czym ruszyłam do sali wykładowej. Teraz pozostało mi tylko mieć nadzieję na wyrozumiałego profesora.
                                                                   ***
Jak to mówią nadzieja matką głupich. A powiedzenie że znalazłam się w pajęczej sieci przy profesorze Pająku to w ogóle komedia. Plus moja arachnofobia. Powitało mnie jego surowe spojrzenie oraz skrzypienie kredy którą maltretował nie tylko tablicę lecz również nasze uszy. Zamiast pierwszego tematu resztę lekcji słuchałam i tutaj cytuje ,, Jak ktoś tak zapewne głupi, rudy, bez poszanowania do reguł szkolnych, prawdopodobnie uzależniony od marichuany sądząc po twoich oczach i bezbożny ( nazwał bezbożną całą klasę bo nie pomodliliśmy się po wejściu do sali ) mógł dostać się na medycynę''. Później mówił że nic ze mnie nie będzie itd. Po jeszcze paru wykładach oficialnie skończył się mój pierwszy dzień w szkole. Udałam się po podręczniki i tuż przy kasie otrzymałam telefon od ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz